Wakacje na Krecie

Autor: | Komentarze: [ 1 ] | Data publikacji: 2015/05/29

Na Kretę wybraliśmy się pod koniec września zeszłego roku i jak się okazało był to ostatni dobry moment na wyjazd. Wyspa przywitała nas sztormowym wiatrem oraz wysokimi falami, które utrzymywały się praktycznie przez cały tydzień. Na szczęście w ciągu tych kilku dni było też sporo słońca i udało nam się złapać trochę opalenizny.

Na początek kilka informacji o samym wyjeździe. Jak zwykle o urlopie dowiedziałem się na 3 dni przed wyjazdem, nie było więc mowy o żadnych tanich biletach lotniczych i jedyną opcją był wyjazd last minute. Wybraliśmy Itakę i wyjazd do hotelu Mediterraneo w miejscowości Hersonissos. Hotel znajduje się blisko morza, ale od plaży niestety dzieli go ruchliwa droga, przez którą nie da się przejść (wysokie barierki). W opisie wycieczki była informacja, że obok hotelu znajduje się tunel, którym można przejść na drugą stronę, ale na miejscu okazało się, że to chyba kanał odpływowy bo „tunel” ma półtora metra wysokości i środkiem płynie woda… Najbliższe przejście na drugą stronę szosy znajduje się jakieś 750 metrów od hotelu, niby nie tak dużo, ale latem może być męczące.

Sam hotel nie zrobił na mnie super wrażenia, ale nie mogę też powiedzieć o nim niczego złego. Kompleks jest dość duży bo składają się na niego też liczne piętrowe domki, dwa baseny i kort tenisowy. Wszystko było jednak takie… nijakie. To chyba najlepsze słowo na opisanie tego hotelu :) Największą (i jedyną?) zaletą było jedzenie, które było bardzo urozmaicone i wyjątkowo smaczne.

Ponieważ pogoda nas nie rozpieszczała od razu po przyjeździe postanowiliśmy wynająć samochód i zwiedzić jak najwięcej wyspy. W miasteczku jest pewnie z 50 wypożyczalni, nie ma więc potrzeby wcześniejszej rezerwacji. Koszt wynajęcia tańszych samochodów na Krecie to około 40-60 euro na dobę.

Kilka rad przy wypożyczaniu samochodu

  1. Zanim podpiszecie papiery sprawdźcie samochód, który dostaniecie. Mi się trafiła terenówka z kończącym się sprzęgłem i wyjącym wałem napędowym.
  2. Sprawdźcie czy wszystkie uszkodzenia karoserii są wpisane w formularzu wynajmu.
  3. Ostatnią i chyba najważniejszą sprawą jest ubezpieczenie. Prawdę mówiąc nie jestem pewien jak powinno wyglądać w Grecji. W kilku wypożyczalniach usłyszałem, że jest wliczone w koszt wynajmu i nie mam się czym przejmować, jednak w jednym z miejsc właściciel powiedział, że to „zwykłe” ubezpieczenie dotyczy tylko kierowcy i pasażerów, a za wszystkie uszkodzenia samochodu odpowiada osoba, która prowadziła samochód. Temat do sprawdzenia.

Wynajęliśmy mini terenówkę Suzuki Jimny, która nawet pomimo uszkodzonego sprzęgła była strzałem w dziesiątkę. Ten mały samochodzik idealnie sprawdził się zarówno na krętych, asfaltowych drogach jak i na polnych dróżkach, którymi dojeżdżaliśmy do plaży.

Drugiego dnia po przylocie wybraliśmy się na wschód wyspy. Jadąc wzdłuż wybrzeża, ścigając się z chmurami dojechaliśmy do miejscowości Sitia, w której zatrzymaliśmy się na obiad. Miasteczko było totalnie opustoszałe, uliczki, plaża nawet sklepy. Na szczęście znaleźliśmy jedną czynną restaurację, w której byli chyba tylko właściciele i ich rodzina. Widziałem, że niektóre biura podróży w swojej ofercie mają hotele w Siti, ja bym chyba wybrał inne miejsce na wyspie bo miasto jest przeciętne.

Plaża Vai

Po obiedzie ruszyliśmy dalej, kierując się w stronę plaży Vai. Według wszystkich przewodników to jedna z najładniejszych plaż na wyspie i faktycznie, miejsce jest cudowne. Wyobraźcie sobie długą, szeroką plażę, którą z jednej strony otaczają palmy, a z drugiej błękitne morze. A jeśli nie możecie sobie tego wyobrazić spójrzcie na to zdjęcie:

Podejrzewam, że w sezonie jest tam dość tłoczno, na szczęście w październiku plaża była prawie pusta, dzięki czemu mogliśmy rozkoszować się widokami w ciszy i spokoju. Urlop w tym miesiącu ma też swoje minusy, jednym z nich jest to, że słońce dosyć wcześnie zachodzi. Z tego powodu wsiedliśmy w Jimniego i ruszyliśmy w stronę hotelu. W normalnych warunkach przejechanie 120km to nic specjalnego, ale biorąc pod uwagę, że „nasze” Suzuki nie miało sprzęgła, światła ledwo świeciły, a brezentowy dach z milionem niemiłosiernie hałasował, taka podróż była sporym wyzwaniem. Żeby była jasność, mimo wszystkich tych wad samochód wspominam bardzo miło :)

Pełna galeria zdjęć z Krety

Kolejne dwa dni spędziliśmy leżąc na plaży, a wieczorem przechadzając się po Hersonissos. Miałem wrażenie, że całe życie w mieście toczy się wokół głównej, przelotowej ulicy, przy której były setki sklepów i sklepików. Uliczki bliżej morza były zdecydowanie cichsze i spokojniejsze, może przez porę roku. Nie wiem co więcej mogę napisać o Hersonissos, w zasadzie poza restauracjami, sklepikami z pamiątkami i wypożyczalniami samochodów niczego więcej tam nie ma.

Heraklion i Rethymno (Retimno)

Na dłuższą metę miasteczko jest trochę nudne, dlatego kolejne dni znowu spędziliśmy na zwiedzaniu. Tym razem wybraliśmy się w kierunku Heraklionu i Rethymnonu. Dalej niestety nie udało nam się dotrzeć, wschód wyspy (podobno najładniejszą część Krety) zostawiliśmy sobie na kolejny wyjazd. Dużo większy Heraklion oferuje więcej do zwiedzania, natomiast kameralny Rethymnon jest idealnym miejscem na wypicie kawy przy zachodzącym słońcu. Niestety w czasie gdy byliśmy w Heraklionie,  jego główna atrakcja czyli forteca była zamknięta i musieliśmy się ograniczyć do spaceru gwarnymi uliczkami. Miasta leżą około 80km od siebie, więc dysponując samochodem spokojnie można je zwiedzić w jeden dzień. Czy warto? Myślę, że tak… Zwłaszcza Rethymnon dla jego klimatu.

Parkowanie w Heraklion i Rethymnon

W centrum Heraklionu ciężko o wolne miejsce parkingowe na ulicy, lepiej od razu znaleźć parking strzeżony i tam zostawić samochód (4-5 euro za cały dzień).  Dużo łatwiej zaparkować w Rethymnon, gdzie ruch jest zdecydowanie mniejszy. Jeśli jednak wolicie parking strzeżony to jest ich kilka przy samym morzu.

Płaskowyż Lasithii jaskinia Dikti

Ostatnią wycieczkę zrobiliśmy sobie w rejon płaskowyżu Lasithi szukając jaskini Dikti. Już sam przejazd przez góry dostarczył nam wielu emocji bo dosłownie za każdym zakrętem czekały na nas zachwycające widoki. Z niektórych szczytów widać było z jednej strony morze, a z drugiej ogromny płaskowyż. Jeśli cierpicie na chorobę lokomocyjną doradzam podwójną dawkę leków, serpentyny ciągną się długimi kilometrami i to co dla jednych (kierowców) jest świetną zabawą dla pasażerów może być koszmarem. Po przejechaniu przez pasmo gór wyjechaliśmy na płaskowyż Lasithi, ogromną równinę otoczoną z każdej strony górami. Warto dodać, że płaskowyż znajduje się na wysokości 840 metrów n.p.m.

Przez zachmurzone niebo co jakiś czas przedzierało się słońce, tworząc na powierzchni płaskowyżu szachownicę ze światła i cienia. Jaskinia znajduje się w miejscowości Psychro i droga do niej jest dość dobrze oznaczona. Widać, że to jedna z większych atrakcji w okolicy bo drogowskazy są dość gęsto poustawiane. Po przyjeździe do wioski też nie sposób się zgubić, samochód zostawiliśmy na strzeżonym parkingu (2 euro) i udaliśmy się tak jak i reszta turystów w górę, w kierunku jaskini. Strome podejście i ostre kamienie utrudniały zadanie, nie na tyle jednak, żeby skorzystać z pomocy osiołków, na których można wjechać na szczyt wzniesienia. Wejście do jaskini to ogromna szczelina w blokach skalnych, porośniętych zielonym mchem. Pomiędzy skałami znajdują się betonowe schodki prowadzące prosto do serca jaskini. Po zejściu pierwsze co poczuliśmy to przeraźliwy chłód i wilgoć, tak więc jadąc tam weźcie kurtki, nawet latem! Jaskinię wypełniają dziesiątki stalaktytów i stalagmitów, które w połączeniu z mrokiem i wilgocią tworzą unikalny i trochę nierealny krajobraz.  Według wierzeń w jaskini urodził się Zeus, i wiecie co, jak tam chwilę postałem to byłem skłonny w to uwierzyć. Miejsce jest niesamowite i będąc na Krecie musicie je (koniecznie!) zobaczyć. Z dziennikarskiego ;) obowiązku muszę napisać, że wejście do jaskini jest płatne 4 euro od osoby.

Pamiątki z Krety

Niestety coraz trudniej przywieźć jakieś oryginalne pamiątki z podróży. Większość rzeczy sprzedawanych na straganach wyprodukowano w Chinach, a przecież nie o to chodzi, żeby wieźć z Krety gliniany talerz z greckimi zdobieniami, który z tyłu ma mały napis Made in China. Na pewno warto kupić zioła, przyprawy, słodycze i inną „spożywkę”. Fajne są też produkty z oliwy np. mydła (ale sprawdzajcie skład, często z dodatkiem sztucznych aromatów) i drewna oliwnego, na przykład rzeźby czy moździerze. Jeśli lecicie z bagażem rejestrowanym to polecam kupno oliwy czy greckich alkoholi. Jeśli w tym bagażu macie naprawdę dużo wolnego miejsca to widziałem fajne lampy zrobione z wydrążonej tykwy. Jadąc z północy w kierunku płaskowyżu Lasithi mijaliśmy wioskę, w której była mała rodzinna fabryczka takich lamp. Ojciec siedział w ogrodzie i wycinał tykwę, natomiast syn prowadził sklepik. Jak znajdę nazwę miejscowości to na pewno wrzucę tutaj.

Coś co bym chciał przywieźć z Krety to świeżo wyciskany sok z pomarańczy. W większości sklepów jest sprzęt do wyciskania owoców, wystarczy przyjść ze swoją butelką, zapłacić 2-3 euro i mamy pyszny, świeży sok, bez żadnych konserwantów.

I to tyle jeśli chodzi o Kretę. Tydzień to mało, na zwiedzenie całej wyspy, nawet samochodem. Najlepiej nastawić się na zwiedzanie najbliższej okolicy, powiedzmy tak do 100 km,  a pozostałą część wyspy zostawić na kolejny wyjazd. Nie będę pisał co warto zobaczyć, bo wszystkie miejsca, które opisałem wyżej są tego warte, te mniej ciekawe pominąłem :)

Tagi: ,

Kategoria: Europa


Komentarze (1)

Trackback URL | Comments RSS Feed

  1. Krzysztof napisał(a):

    Jeszcze jedna uwaga odnośnie wypożyczania aut za granicą czytajcie uważnie umowy jak nie znacie języka poproście tłumacza o pomoc lub poproście o umowę w języku angielskim, oczywiście nie zaszkodzi sprawdzić opinii o wypożyczalni. Oczywiście te zawarte w artykule też są bardzo dobre.

Zostaw komentarz